poniedziałek, 12 listopada 2012

Gotowanie w trasie

Dostaję dużo pytań, na temat kuchenki na kartusze z gazem, którą używam do gotowania gdy jestem w trasie.  Czy jest wydajna, na ile starcza jeden kartusz, dlaczego używasz kuchenkę na kartusze, a nie butle z gazem. W tym poście postaram się odpowiedziec na te pytania. Zacznę jednak od innego tematu, który również związany jest z gotowaniem w trasie. A mianowicie, gdzie kierowcy gotują i gdzie trzymają swoją kuchenkę lub butlę. Każdy kierowca opracował swój własny sposób przygotowywania ciepłych posiłków. Sposób jak i miejsce do tego. Nie wszyscy kierowcy, gotują w kabinach. Są tacy, którzy cały rok gotują na zewnątrz, na dworze po za kabiną swojej ciężarówki. Jedni używają do tego takiej kuchenki na kartusze jaką ja używam, a inni zwykłą butlę turystyczną. Wybór należy do kierowcy. Ja zdecydowałem się na kuchenkę na kartusze, która mieści się w małej, plastikowej walizce, która była w zestawie razem z kuchenką. Taką kuchenkę w walizce, spokojnie można trzymać w kabinie. Jest małych rozmiarów i w moim przypadku trzymam ją obok lodówki. W ten sposób, gdy jej nie używam, nie zajmuje mi miejsca w kabinie. W Manie, którym jeżdżę, obok lodówki od strony fotela pasażera jest miejsca w sam raz na taką małą walizkę. Niektórzy kierowcy trzymają swoją kuchenkę lub butlę w różnych miejscach w ciężarówce. Najczęściej to kabina, boczne schowki w kabinie otwierane z zewnątrz lub po prostu w paleciarze zamiast palet. Jedni gotują tak jak ja w kabinie, a inni na dworze przed ciężarówką lub z boku naczepy zaraz przy paleciarze.Co jest lepsze kuchenka czy butla ? Nie odpowiem Wam na to pytanie. Dla jednych butla, a dla innych kuchenka. Na jednym i drugim spokojnie w trasie da się gotować.
Mi osobiście odpowiada kuchenka. Walizka zajmuje mało miejsca, szybko mogę ją rozłożyć, gotować i szybko złożyć.
Kartusze są bardzo wydajne i moim zdaniem nie drogie. Cena jednego kartusza wynosi ok.3,90 zł. Cały zestaw razem z kartuszami można kupić na Allegro. Jeżeli chodzi o wydajność kartuszy, na ile starczają, to powiem tak. Wszystko zależy ile się gotuje. Również gaz w butli zużywa się w ilości zależnej od używania. W tygodniu, gdy jest więcej jazdy i kończy się o różnych porach, nie zawsze mam ochotę na bawienie się w kucharza. Nie zawsze mi się chce gotować ziemniaki, smarzyć kiełbasę z cebulką czy przygotowywać jeszcze jakieś inne dania wymagające dłuższego gotowania co wiąże się z większym zużyciem gazu. W trasie zawsze mam ze sobą większą ilość kartuszy. Jeżeli chodzi o jakość gazu w kartuszach, które używam, to powiem szczerze, że jest wysokiej jakości. Bardzo szybko wszystko się gotuje. Osobiście jestem bardzo zadowolony z tej kuchenki i nie planuje jej zamieniać na butlę. Widziałem również na Allegro, że są kuchenki, które można za pomocą gumowego węża połączyć z butlą, którą można wykorzystać jako źródło gazu, zastępując tym samym kartusze. Jeżeli mamy na tyle miejsca, można taką butlę wozić jako zapas, gdyby skończyły się nam kartusze w trasie i wtedy ją podłączać. Jak widzicie, możliwości jest bardzo dużo, wystarczy trochę chęci i pomysłowości. Mam nadzieję, że dość obszernie opisałem ten temat, jednak jeżeli coś pominąłem i będziecie mieli jeszcze jakieś pytania to piszcie w komentarzach, chętnie na nie odpowiem.

piątek, 9 listopada 2012

KDtruck vs. Kierowcy osobówek

Ciężarówki kontra osobówki. Tytuł posta i filmu "KDtruck vs. Kierowcy osobówek", nie jest napisany przeciwko tym drugim. Szanuję kierowców samochodów osobowych, bo przecież sam jestem kierowcą osobówki gdy nie jestem w trasie i jadę swoim małym czterokołowcem. Prawie sto procent kierowców "dużych" jest również kierowcami "małych" aut. Więc o co chodzi z tym KD kontra Osobówki ? Gdy jestem w trasie i jadę prowadząc mój czterdziesto tonowy zestaw, bacznie obserwuję co dzieje się dookoła mnie, co robią inni uczestnicy ruchu drogowego, inni kierowcy dużych, wielkich, ciężkich zestawów oraz jak zachowują się kierowcy samochodów osobowych, którzy bardzo często wjeżdżają przede mnie na centymetry tak jak by mnie wcale nie było na drodze, albo jak bym był z miękkiej gąbeczki, nie obawiając się wcale o swoje świecące, wypicowane bardzo często piękne samochody osobowe. W Niemczech jest bardzo dużo pięknych Mercedesów, Audi, BMW, VW  itd. Jednak niektórzy kierowcy zachowują się, jakby byli nie zniszczalni w swoich malutkich i leciutkich samochodzikach, jeżeli porównamy je gabarytami i masą do mojego zestawu. Man i naczepa Krone.Moja całkowita masa, gdy jestem załadowany na maxa równa jest czterdzieści ton. Czterdzieści bardzo ciężkich i długo hamujących ton. Czterdzieści ton miażdżących wszystko co stanie mi na drodze. Czterdzieści ton, które z samochodu osobowego potrafi zrobić kawałek poskręcanego metalu. A jeżeli w środku są pasażerowie, to w zderzeniu z czterdziesto tonowym zestawem, pozostaje jedynie się za nich modlić.
Większość kierowców samochodów osobowych, jeździ bardzo dobrze i bezpiecznie. Zdają sobie sprawę co może się stać, gdy zderzą się z samochodem ciężarowym. Bardzo dużo kierowców samochodów osobowych szanuje naszą pracę, często pomogą, gdy jestem zmuszony zawrócić gdzieś na skrzyżowaniu, wpuszczą przed siebie gdy zbliżam się do zwężki na autostradzie i ogólnie mówiąc współpraca z kierowcami samochodów osobowych układa się bardzo dobrze.Są jednak wyjątki. Jak wszędzie są "czarne owce". Również czasami można spotkać "debila", za kierownicą osobówki. Ostatnio miałem okazję spotkać kilku i zobaczyć na własne oczy do czego zdolni są niektórzy kierowcy "osobówek". Kilka scen udało mi się nagrać i w ten o to sposób wpadłem na pomysł, aby posklejać te sceny w jeden film i wrzucić na mój kanał YT.


Film oraz post zrobiłem z pewnym przesłaniem. Pragnę pokazać i powiedzieć wszystkim kierowcom samochodów osobowych, aby zastanowili się zanim będzie zapóźno, co może się stać, gdy będą próbowali "drażnić" czterdziesto tonowego "rekina". Na filmie jest jedna taka scena, gdy kierowca malutkiego opla Tigry, wpada przedemnie i wciska "hample" i bardzo szybko zwalnia. Mój zestaw, jednak nie zwalnia tak szybko jak malutki Opel Tigra. Całą sytuację opisałem w scenie nr.2.
Jest takie powiedzenie.
Kierowco siadając za kierownicę włącz myślenie.





KDtruck vs Kierowcy Osobówek




Scena nr.1
Francja.
Nie pamiętam dokładnie numeru autostrady. Jechałem na rozładunek i od ponad czterdziestu minut jechałem w korku posówając się bardzo powoli. W korkach należy szczególnie zwracać uwagę, na niektóre osobówki, które za wszelką cenę chcą być szybsze od korka i wciskają się w każdą wolną przestrzeń, która tworzy się na autostradzie. Jadąc w korku, trzymam bezpieczny odstęp od poprzedzającej mnie osobówki, a tu nagle niewiadomo z kąd, wciska się osobówka i daje po hamulcach, aby nie uderzyć w samochód przed sobą. W tym momencie kierowca osobówki nie myśli o tym, co ma zrobić kierowca ciężarówki. Z bezpiecznej odległości, którą kierowca ciężarówki trzymał celowo, robi się odległość bardzo mała i bardzo niebezpieczna. Oczywiście taki "nagły skok osobówki", może zdarzyć się z każdej strony. Z lewej lub prawej. Więc po takim "skoku"osobówki, robię kolejny bezpieczny odstęp, by po chwili znów zobaczyć, jak kolejny "mądry kierowca osobówki", wykorzystał kilka mertów wolnej autostrady i z prędkością konika polnego wykonał "skok" przedemnie, nie myśląc co może się zdarzyć, gdy kierowca ciężarówki nie zdąży wyhamować i sprasuje jego piękny tył samochodu.
Wracając do sceny. Znajdowałem sie w rejonie Paryża w miejscu, gdzie zbiegały się dwie autostrady. W tym miejscu było conajmniej sześć pasów. Na filmie jest cztery, ale cała akcja rozegrała się wcześniej, gdy tych pasów było conajmniej sześć. Jechałem spokojnie i przed sobą, na pasie obok zauważyłem dwóch bardzo ciekawie jadących kierowców osobówek. Pierwszy jechał dosyć wolno, a drugi jadący za nim, siedział mu na "zderzaku" i jak szalony mrugał długimi światłami, chcąc zmusić, kolegę do szybszę jazdy. Ten pierwszy, widząc mruganie długimi światłami kolegi z tyłu, po złości wcisnął pedał hamulca, omały włos nie doprowadzając do kolizji. Reakcja gościa z tyłu, była natychmiastowa. Jechał jeszcze bliżej "zderzaka", kolegi z przodu i jeszcze szybciej mrugał długimi. I co się wkońcu stało ? Jak myślicie ?. No właśnie. Pierwszy, który się bardzo zdenerwował mrugającymi światłami kolegi "debila" z tyłu, nacisnął pedał hamulca jeszcze mocniej i ..... Bum !!!! Zderzyli się. Na środku ruchliwej autostrady. Gdy ich mijałem,właśnie wychodzili ze swoich "fur" i zaczynali machać rękami, kłócąc się, który z nich jest wiekszym "debilem", bo bezwątpienia "debilami" byli obydwaj. Co ciekawe, w tym samym czasie, na autostradzie zrobilo się trochę "luźniej" i ten kierman z tyłu spokojnie mógł wyprzedzić kolegę z przodu, ale on wolał siedzieć mu na zderzaku i drażnić go długimi światłami.

Scena nr.2
Niemcy
Tutaj goście z osobówek, a było ich dwóch moim zdaniem zdobyli mistrzostwo świata w dyscyplinie "Debil w osobówce". Cała akcja zaczęła się nagle i całkiem dla mnie niespodziewanie. W scenie wyciąłem kilknaście przekleństw, bo szczerze mówiąc zdarzyło mi się pierwszy raz tak klnąć za kółkiem i w dodatku to nagrywać.Co się stało ? Odpowiadam.
Od dłuższego czasu, jechałem za ciężarówką. Spokojnie, jakieś 80 km/h czasami 85 km/h. Nie mogłem tej ciężarówki wyprzedzić, ponieważ był zakaz wyprzedzania. Gdy zakaz się skończył, upewniłem się, że mogę bezpiecznie zacząć wyprzedzać jadącą przedemną ciężarówkę, włączyłem kierunkowskaz i zacząłem manewr wyprzedzania. Gdy byłem już w połowie wyprzedzanej ciężarówki, nagle za mną pojawił się kierowca osobówki, który uważał, że kierowca ciężarówki nie ma prawa wyprzedzać innego pojazdu na autostradzie. Siedział mi na zderzaku i jak szalony mrugał długimi.
- Mruga to niech mruga - pomyślałem.
- Nie pierwszy i ostatni, który mruga. Pomruga i przestanie.
Ale nie ten. Ten wymyślił coś zupełnie nie oczekiwanego. Coś co widziałem pierwszy raz.
Gdy byłem na równo z wyprzedzaną ciężarówką, kierowca osobówki wykorzystując pas rozbiegowy, który był po mojej prawej stronie, wyprzedził nas dwóch, wjechał na mój pas i zaczął zwalniać z prędkości 90 km/h do prawie 60 km/h i jechał z tą prędkością. Oczywiście ja również musiałem zwolnić, zamiast wyprzedzić ciężarówkę jadącą przedemną. Przyhamowałem i schowałem się spowrotem za nią. Wszystko działo się bardzo szybko i najciekawsze jest to co działo się później. Na filmie, pokazany jest drugi kierowca. Kierowca Opla Tigry. Gdy ten pierwszy kierowca osobówki, wjechał przedemnie i zaczął gwałtownie hamować, za mną znajdował się kierowca Opla i niczego nie był świadomy. Nie wiedział dlaczego nagle podczas wyprzedzania , zacząłem gwałtownie hamować. Nie wiedział, że przedemną jedzie "debil" w osobówce, który nie pozwala mi dokończyć manewru wyprzedzania. Gdy zwolniłem i spowrotem wjechałem za ciężarówkę, którą wcześniej wyprzedzałem, nagle przedemnie wskoczył bardzo zdenerwowany kierowca Opla i depnął po "hamulcach". Wcześniej jechał za mną, mrugał długimi, a teraz postanowił mi pokazać, kto rządzi na autostradzie. Nie mogłem go wyprzedzić, ponieważ znajdowaliśmy się na odcinku autostrady, gdzie obowiązywał mnie zakaz wyprzedzania innych pojazdów. Więc on zwalniał do 60 km/h, a ja klnąc na całego robiłem to samo. Przyspieszył do 80 km/h i znów zwalniał do 60 km/h. Pierwszy raz zdarzyła mi się taka akcja z dwoma osobówkami na raz. Widząc, że ten nie chce odpuścić, zwolniłem do 40km/h i tak jechałem. Po jakimś czasie, znudziło mu się jechać tak wolno i przyśpieszył. Zastanawiałem sie, czy pokazać Wam tą sceną, bo takie wiązanki tam puściłem, że hej. Postanowiłem ją trochę ocenzurować.

Scena nr.3
Francja
Tutaj, bez mojej obecności. Jakaś osobówka wypadła z drogi. Przecieła rów i zatrzymała się w polu.

Scena nr.4
Niemcy
Od dłuższego czasu jechałem bardzo wolno. Na autostradzie znajdowały się dwa pasy ruchu. Piątkowe popołudnie, gwarantowało korki. Jechałem, jak zawsze, spokojnie, uważnie patrzałem przedsiebie, aby nie wjechać w jakiś pojazd znajdujący się przedemną. Jak zawsze zwracałem uwagę na znajdujące się poniżej samochody osobowe. Dojechałem do mniejsca, gdzie po prawej stronie miałem pas rozbiegowy innej drogi, która łączyła się z autostradą. Na takie pasy rozbiegowe należy zwracać uwagę, a w szczególności, gdy jest duży ruch i samochody osobowe na siłę chcą się wcisnąć na autostradę. Nie raz zdarzyło mi się, że na centymetry osobówki wjeżdżały przedemnie właśnie z takiego pasa rozbiegowego. Co wydarzyło się tym razem ?
Jechałem swoim pasem i w prawym lusterku obserwowałem co dzieje się na pasie rozbiegowym. Widziałem, że jest tam duże zamieszanie. Kilka osobówek wskoczyło na siłę przedemnie, ale byłem przygotowany na taki scenariusz więc spoko. Do końca pasa rozbiegowego, było jakieś pięćdziesiąt metrów i już żadne samochody nie wjeżdżały przedemną. Wszystkie wjeżdżały na autostradę pomiędzy samochody, które znajdowały się za mną. Jechałem powoli, patrzyłem raz do przodu, to w lustro z lewej, to w lustro z prawej i nagle. Słyszę głośny zgrzyt.
- O fuck !!! Co to było !? - spytałem sam siebie
W pierwszej kolejności myślałem, że złapałem gumę na prawym przodzie. Zatrzęsło kabiną, zazgrzytało i ucichło. Jechałem dalej. Miękko i płynnie jak by się nic nie stało.
- Acha, a jednak coś się stało - pomyślałem patrząc w prawe lustro.
Na pasie rozbiegowym, zatrzymała się osobówka z której wysiadła kobieta. Machała w moim kierunku, abym również zjechał na pas rozbiegowy i się zatrzymał. Zrobiłem to. Wysiadłem z kabiny, podszedłem do samochodu osobowego, którym okazał się nowiutki bardzo piękny Jaguar.
Nie wiem jakim sposobem, tak kobieta wjechała we mnie, ale wjechała. Dokładnie mówiąc, wjechała w moje prawe koło. Pogięła i porysowała sobie tylne lewe drzwi, tylne nadkole i zniszczyła bardzo ładną aluminiową felgę. Zadzwoniła po policję, która wyjaśniła całę zajście. Ewidentna wina tej kobiety, ponieważ nie zachowała bezpieczeństwa podczas wjazdu na autostradę. Tak orzekł policjant. Mojemu Manowi nie stało się nic. Koło i felga całe, bez znaków zniszczeń.


Poniżej przedstawiam bardzo ciekawy artykuł i film.

Ciężarówka nie da Ci szans


Niemiecki klub motoryzacyjny ADAC przeprowadził test zderzeniowy, w którym odtworzono uderzenie samochodu ciężarowego w dwa auta osobowe. Wyniki są szokujące.
Do testu wykorzystano Renault Megane pierwszej generacji, produkowane w latach 1995 - 2000 oraz Mitsubishi Lancera w wersji kombi z tego samego okresu. Scenariusz testu to odtworzenie sytuacji, w której rozpędzona ciężarówka uderza w samochody, które zatrzymały się pomiędzy nim a innym samochodem ciężarowym. Prędkość do jakiej rozpędzono ciężarówkę to około 70 km/h. Efekty są porażające.
Co ważne, wykorzystana w teście ciężarówka nie jest załadowana, a samochody osobowe, które całkowicie miażdży, odpowiadają wiekowo tym, które najłatwiej można spotkać na polskich drogach. Tego roku prawdopodobieństwo, że podobny scenariusz stanie się tragiczną rzeczywistością jest tym większe, że na skutek wprowadzenia e-myta wielu kierowców tirów decyduje się na omijanie dających duże bezpieczeństwo autostrad i dróg ekspresowych.



źródło : http://moto.wp.pl

wtorek, 2 października 2012

Tydzień trasy zaliczony

Jestem w trasie od tygodnia. Dzisiaj dopiero uruchomiłem internet, ponieważ wcześniej nie było potrzeby. Dlaczego ? Jak już pisałem wiele razy, narazie mam tylko internet Niemiecki. Fakt jest taki, że również we Francji przebywam bardzo dużo i również tam przydałby mi się internet. W niedługim czasie, będę miał również internet we Francji. Ale szybko, pokolei, dlaczego wcześniej nie było potrzeby uruchamiać internetu w Niemczech. Jak to w transporcie, a zwłaszcza na L-4. Jak się nic nie dzieje, to się nie dzieje, ale jak się zaczyna dziać to dzieje się dużo i szybko. W skrócie. W poprzedni poniedziałek, byłem na dwóch rozładunkach w Polsce. Chrzanów i Czeladź. Jechałem rozładować naczepę kolegi z firmy. Pomyślałem sobie, ok. będzie mała rozgrzewka po chorobowym. Chrzanów załatwiłem dosyć szybko, ale Czeladź rozwaliła mi serce na pół. Siedem godzin na rozładunku. Porażka. Nie klnąłem za dużo, poprostu opadły mi ręce. Miał być szybki rozładunek i powrót na bazę, aby szykować się do trasy, a było zupełnie inaczej. Na bazę wróciłem o godzinie dwudziestej pierwszej czterdzieści pięć. Szybko do domu i od rana następnego dnia szybkie ogarnięcie wszystkiego i wypad na bazę aby zdążyć na załadunek. Lubię jak się coś dzieje, ale też lubię jak wszystko ma ręce i nogi. Pracę miałem już zaplanowaną na cały tydzień. Wtorek - załadunek w Czechowicach Zdiedzicach. Zrzutka w Środę rano w Niemczech Trasa na rozgrzwekę niecałe sześćset kilometrów.
Po rozładunku odrazu podjazd na załadunek. Ładunek do Francji. Ładowałem się w jednej firmie, ale rozładunki w dwóch miastach oddalonych od siebie o ok dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Gdy zrzuciłem drugie miejsce, był już piątek po dwunastej w południe. Czekając na załadunek, policzyłem trasę i wyszło, że do tej pory zrobiłem ponad tysiąc sześćset kilometrów. Spoko, ciekawe co dalej będzie ?. Minęło półtorej godziny, dostałem adres załadunku. Piątek, więc trzeba się śpieszyć. Przejazd ponad dziewiećdziesiąt kilometrów. Załadowany, gotowy do drogi. Ładunek do Niemiec. Jazda w Piątek, Sobotę. Później pauza czterdzieści pięć godzin spędzona we Francji. Dzisiaj ruszyłem z Francji, zaraz jak tylko tacho pokazało czterdzieści pięć godzin i pare minut pauzy. Teraz jestem pod firmą w Niemczech, gdzie jutro rano mam rozładunek. Po rozładunku, odrazu jadę się załadować i jazda na Francję. Jutro muszę wjechać do Francji, ponieważ w Środę w Niemczech z powodu święta nie można jechać. Tak więc w Środę będę już we Francji, gdzie nie ma zakazu, więc spokojnie będe pokonywał kolejne kilometry. To tak w skrócie, jak dotąd wygląda moja trasa. Oczywiście, że każdy dzień można by było opisywać w osobnych postach, bo jest co pisać, ale jest późno i trzeba iść spać, by jutro być wypoczętym i gotowym do pracy. Trasa to nie wakacje.

Tutaj trzeba się streszczać i działać skutecznie. Trzeba być na czas na załadunku i rozładunku. Czasami robi się wszystko tak jak trzeba, jadę na załadunek, jestem punktualnie lub nawet przed czasem i czekam. Godzinę, dwie, trzy. Ok. Trzeba czekać, to się czeka. Najważniejsze, że ja zrobiłem wszystko dobrze to co do mnie należy. Byłem na czas. Więc kończę ten któtki post i kładę się spać. Ogólnie jest ok. Trasa zaplanowana na co najmniej trzy tygodnie. Jak będzie to się okaże. Tydzień już minął. Jedna Francja zrobiona. Jutro zacznę drugą. Po powrocie do Niemiec, postaram się wyskrobać jakiś post i dodać kilka fotek. Filmy "Życie w trasie", będą po powrocie z trasy.
Szerokości. KDtruck.

środa, 19 września 2012

Moja pierwsza praca jako kierowca na zestawach

Prowadzę blog od stycznia. Zanim podjąłem taką decyzję, dosyć długo zastanawiałem się nad tym. Po co mi pisanie bloga ? Co tam będę pisał ? Kto będzie to czytał ? Decyzję na "tak", podjąłem chwile po tym jak ukradziono mi z baków ok.550 litrów ropy. Było to we Francji, gdy spałem w swojej ciężarówce zmęczony po całym dniu pracy. Faktycznie było to drugie zdarzenie, które motywowało mnie do tego, aby ruszyć z blogiem. Jakie było pierwsze ? Żeby Wam to powiedzieć, muszę cofnąć się pamięcią kilka miesięcy wstecz, do momentu gdy pracowałem w mojej pierwszej firmie jako kierowca na zestawach. Moją pierwszą firmą, gdy zaczynałem jako kierowca bez doświadczenia była firma "Protan" z Mysłowic. Nie polecam piszę odrazu. Była to mała firma w której właściciel posiadał w swoim składzie kilka samochodów "solówek" i jeden zestaw. Renault Magnum z naczepą "firanką". Reno z roku 1997. Czternastoletni ciągnik, zrobiony tak aby jechał i zarabiał pieniądze. Właściciel postanowił bardzo szybko dorobić się jeżdżąc tym zestawem po Polsce. Oczywiście nie sam, potrzebował do tego kierowcę, najlepiej takiego bez doświadczenia. Na rozmowie wstępnej zostałem po informowany, że czasami trzeba będzie pojechać na "drugiej tarczy". Jako kierowca bez doświadczenia, nie miałem pojęcia jak się jedzie na jednej tarczy, a co dopiero na dwóch. Ale potrzebowałem pracy i zdecydowałem się przyjąć tą ofertę. W tym samym dniu podpisałem umowę, która i tak nigdy nie została zgłoszona do ZUS-u. Pierwszy wyjazd odbył się w tym samym dniu o godz.20:00. Krótkie szkolenie w kabinie z obsługi Reni i jazda na pierwszy załadunek. Ja za kółkiem, a szef na siedzeniu pasażera. Pierwsze kilometry w pracy już jako "driver". Pierwsze zgrzytanie skrzynią. Pierwsze dziwne spojrzenia szefa na mnie i moją technikę jazdy. Dobrze nie pamiętam gdzie był pierwszy załadunek, ale chyba w Zawierciu, w jakiejś hucie.

 
Dwadzieścia cztery tony stali, a dokładnie prętów stalowych. Po krótkiej rozmowie decyzja, jadę sam w trasę. Szef się pytał czy dam radę. Jasne, że dam radę. W pierwszych godzinach myślałem, że spoko jest ten szef. Rozmowa układała się całkiem dobrze. W takim razie pojedziesz sam, powiedział. Trasa do Szczecinka i spowrotem. Nie będę tutaj opisywał tej trasy, którą zrobiłem . Powiem tylko tyle. Trasa trwała cztery dni. Od środy wieczorem do soboty w południe. Przez ten czas spałem dziesieć godzin. Resztę czasu jechałem lub byłem na załadunkach lub rozładunkach. Dużo się nauczyłem i dowiedziałem się jak to jest jeździć na dwóch tarczach. Również miałem zakaz poruszania się po takich drogach gdzie są Viatole. Jechałem przez wioski, dziury zabite dechami nie raz po zakazie tonażowym. Po czterech dniach podziękowałem za pracę temu szefowi i wyciągnąłem bardzo dużo wniosków.
Było to moje pierwsze spotkanie z tym dużym, ciężkim  transportem. Po tych doświadczeniach doszedłem do wniosku, że niektórzy ludzie mają głęboko w dupie innych ludzi. Oczywiście, nie urwałem się z choinki i wiedziałem, że w życiu żądzą prawa dżungli. Silniejszy wygrywa, słabszy przegrywa. Człowiek, który nazywał się szefem, myślał że biorąc mnie do pracy trafił na słabego kierowce bez doświadczenia. Mylił się. Nie miałem doświadczenia jako kierowca, ale miałem bardzo duże doświadczenie jako człowiek. Życie nauczyło mnie doświdczenia i śmiało mogę powiedzieć, że nigdy nie zaliczałem się do tej grupy słabych, którzy są pożerani przez tych silnych. Odrazu zorientowałem się w co gra ten cwany szef i gdy to zrozumiałem, zacząłem tą pracę traktować jako zdobywanie doświadczenia jako kierowca. Jazda, cofanie pod rampę ,załadunki, rozładunki. Gdy po czterech dniach wróciłem na śląsk, uważając po drodze, aby nie dać się złapać policji czy inspekcji transportu, odrazu zrezygnowałewm z tej pracy. Patrząc prosto w oczy temu szefowi powiedziałem to co leżało mi na sercu.


 - Jesteś zwyłą szmatą, nie człowiekiem. Cztery dni jazdy na dwóch tarczach. Praktycznie bez snu. Jazda po zakazach tonażowych z przegiętym czasem pracy i jazdy. Weż sobie ten dowód, kluczyki i wsadź w dupe łajzo.
Nie dostałem za te dni złamanego grosza. Nie miałem ochoty chodzić po sądach, aby sądzić się o sześćset złotych, bo tyle miałem zarobić obliczając ilość przejechanych kilometrów z których miałem być płacony.
Gdy byłem już w domu, siedziałem i zastanawiałem się jak można być takim człowiekiem. Zrobienie wszystkich uprawnień kosztuje nie mało pieniędzy. Do tego trzeba poświęcić sporo czasu. Później taki kierowca idzie do pracy i na dzień dobry ryzykuje utratą swoich uprawnień i wysokimi mandatami.
Ta historia z moją pierwszą pracą na zestawach i kradzież paliwa były, głównymi bodźcami to podjęcia decyzji o prowadzeniu bloga. Wcześniej już nagrywałem jakieś tam filmy z tras. ale wtedy zdecydowałem, że będę prowadził bloga i robił filmy pod kontem pomocy nowym kierowcom, aby innych nie spotkało to co mnie. Aby tacy szefowie jakiego ja spotkałem, nie mieli możliwości wykorzystywać kierowców bez doświadczenia. Wiadomo, że na taki układ na rozmowie wstepnej nie poszedł by kierowca z doświadczeniem, chyba że desperat. Za pomocą bloga, oraz filmów chciałem pokazać ludziom między innymi moją historię z kradzieżą paliwa, aby nie spotkało ich to co spotkało mnie. Zawsze byłem chętny do pomocy i nigdy nie tolerowałem cwaniaków, oszustów i kłamców. Zawsze z tym walczyłem i będę walczył.

Obecnie zmieniłem nazwe bloga  na "Życie kierowców w internecie". Dlaczego ? Ponieważ dostrzegam podobne cwaniastwo i kłamców w internecie. Będę o nich piał. Dla mnie nie ma znaczenia, czy cwaniak i kłamca jest obok mnie czy gdzieś po drugiej stronie kabla. Będę pisał to co myślę. Zawsze każdemu mówiłem w oczy to co myślę i teraz też tak zrobię. Za pomocą mojego bloga przekazuję informację kilku osobą, gdy się z nimi spotkam twarzą w twarz powiem im to prosto w oczy to co piszę tutaj, bez mrugnięcia.
Kolejny post będzie właśnie o tych truckerach. Jeżeli macie ochotę pisać komentarze typu "To nie jest na temat, miało być o truckerce" to darujcie sobie. Zobaczcie na tytuł bloga. Za nim będzie o truckerce, powim to co mam do powiedzenia kilku truckerom z internetu.

piątek, 7 września 2012

Choroba w trasie i co dalej ...


W tym poście, cofnę się trochę do tyłu.Cofnę się aż, do Master Truck.Nie będę pisał o MT, tylko o tym co wydarzyło się później, aż do dnia dzisiejszego. Po Master Truck miałem ponad tydzień wolnego. W trasę wyjechałem osiemnastego lipca i według umowy z moim szefem miałem zjechać ok.dziesiątego sierpnia. Trasa planowana była na ponad trzy tygodnie. Zjazd ok.dziesiątego sierpnia, później dwa tygodnie urlopu i w okolicy dwudziestego piątego sierpnia wyjazd w trasę. Dzisiaj powinienem być gdzieś na szlaku i sunąć swoją ciężarówką. Co się stało, że życie bezwzględnie, nie pytając mnie o zdanie, ułożyło mi całkowicie inny plan. Nie przewidujący, nie łatwy do zrealizowania, ciężki dla całej mojej rodziny. Zawsze wierzę w to, że coś jest po coś. Każda porażka jest po coś. Każdy sukces jest nagrodą za wytrwanie, za pokonanie problemów, które spotykają nas każdego dnia. Czy należy się złościć na cały świat w momencie, gdy spotykają nas problemy? Czasami takie z którymi nie potrafimy sobie poradzić. Nie dlatego, że nie chcemy, lecz dlatego, że nie znamy odpowiedzi na pytanie. - Jak rozwiązać ten problem. Najczęściej zadajemy sobie pytanie dlaczego mnie to spotkało, dlaczego. Niestety, nie otrzymujemy odpowiedzi. Musimy żyć dalej.
W ostatniej trasie było kilka problemów, z którymi poradziłem sobie dosyć dobrze. Pierwszy to awaria ciągnika. Pękła opaska na wężu łączącym turbo z kolektorem. Awaria jednak nie była groźna i bardzo szybko mogłem wrócić na szlak. Pierwsze rozładunki i załadunki bez problemów. Wszystko według planu,na czas. Przyszedł pierwszy weekend ,który robiłem w Niemczech na dzikusie przy autostradzie A5 w rejonie Karlsruhe.W sobotę rano, zaraz po przebudzeniu,zaczęły swędzieć mnie dłonie po wewnętrzej stronie.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że zaczynają się moje problemy z chorobą, które trwają do dnia dzisiejszego. Weekend zleciał bardzo fajnie, tak jak zawsze . Odpoczynek, gotowanie, sen.  Na rozładunek , który miałem we Francji ruszyłem piętnaście po północy z niedzieli na poniedziałek. Trasa przebiegała bez problemów, jednak gdy dojechałem na rozładunek, choroba której nazwy  wtedy nie znałem dawała mi się coraz bardziej we znaki. Zaczęło się od swędzenia dłoni od wewnętrznej strony, a teraz miałem już spuchnięte i zaczerwienione całe dłonie łacznie z palcami. Pierwsze moje myśli były takie. Nie mam pojęcia co to jest, ale pewnie za chwile przejdzie. Jednak godziny mijały, a w raz z mijanymi godzinami opuchlizna powiekszała się. Na pierwszym rozladunku podjechałem pod rampę tyłem, więc rękoma nie musiałem robić zbyt wiele. Po rozładunku, przejechałem na parking przy autostradzie, gdzie zacząłem robić pauzę dobową. Poczułem się mocno zmeczomy więc zdecydowałem, że prześpię się trochę. Na zewnątrz temperatura wynosiła ponad 33 stopnie celsjusza .Całe popołudnie przespałem, budząc się co chwile. Ból rąk był coraz większy i na ciele zaczęły pojawiać się czerwone plamy. Nie miałem pojęcia co się dzieje. Wieczorem zjadłem kolację i poszedłam spać.

W ciągu nocy, budziłem się bardzo często. Zacząłem dokładnie się sobie przyglądać i ku mojemu zdziwieniu choroba zamiast się cofać, zaczęła rowijać się w bardzo szybkim tempie. Prawie na całym ciele pojawiły się czerwone, swędzące plamy. Niektóre miały trzy, cztery centymetry średnicy. Zacząłem się martwić, że sam z tą chorobą sobie nie poradzę. Rano około godziny ósmej ruszyłem z parkingu na rozładunek. Podjazd pięćdziesiąt kilometrów. Firmę znalazłem bez problemu. Po rozmowie w biurze, poszedłem do magazynierów, którzy wskazali mi miejsce, gdzie mam ustawić się swoją ciężarówką do rozładunku. Tym razem rozładunek musiał odbyć się prawą stroną. Wziałem rękawice z kabiny i gdy tylko zacząłem rozbierać prawą stronę szykując ją do rozładunku, zdałem sobie sprawe, że mam duży problem. Każdy chwyt dłońmi oznaczał duży ból. Całe dłonie łącznie z palcami były czerwone i mocno spuchnięte. Miałem problem, aby dłonie zacisnąć w pięść. Na ciele miałem bardzo dużą wysypkę, która bardzo swędziała. Gdy ręcę spociły się trochę w rękawicach, puchły coraz bardziej. To samo działo się z wysypką. Gdy się trochę spociłem, powiększała się i bardziej swędziała.
- No to mam problem - pomyślalem. - Dwa tysiące kilometrów od domu, chory i to na chorobę, która pierwszy raz w życiu mnie zaatakowała.
- Dobra, jakoś to rozładuję, przejadę na załadunek i zobaczę co będzie dalej - pomyślałem.
Moje nastawienie coraz bardziej robiło się pesymistyczne. Chociaż z natury jestem wiecznym optymistą, jednak to co widziałem i czułem po sobie, nie dawało mi powodów do pozytywnego nastawienia. Nie było łatwo wyrzucić z siebie to negatywne myślenie.


- Trzeba opracować jakiś plan. - zdecydowałem.
Miałem już ładunek do Niemiec. Pojechałem, załadowałem się. Również tutaj z bólem i zaciśniętymi zębami zrobiłem to co do mnie należało. Załadunek tyłem, rolki papieru. Całkiem fajny ładunek, ale znów musiałem rozebrać bok i pospinać ładunek pasami. Powtórzyła się ta sama historia. Ból, swędzenie i pieczenie.
- O fuck !! - mówiłem do siebie zabezpieczając ładunek pasami - Co mi jest ? Co to za choroba ? - zadawałem w kółko te same pytania.
Załadowany ruszyłem w stronę Niemiec, zadając sobie pytanie - Co będzie dalej ? Co mam robić ? Czy po rozładunku jechać na Francję czy do Polski ?
W trasie byłem dopiero tydzień a miałem być ponad trzy tygodnie. Co robić dalej ?
Dojechałem do Niemec, firmę znalazłem bez żadnych problemów. Znów ten sam schemat działania. Zgłosiłem się do biura, w biurze powiedziano mi gdzie znajdę magazyn.
- Proszę rozebrać obydwie strony naczepy - usłyszałem od magazyniera.
- Ja to mam szczęście, żaden problem gdy jestem zdrowy. Ale w tej sytuacji magazynier mnie załamał. Dwie strony tymi spuchniętymi i bolącymi rękoma.
Zrobiłem to. Rozłożyłem  całe dwie strony. Magazynier rozładował wszystkie role papieru, po czym złożyłem obydwie strony naczepy.
Pamiętam co wtedy mówiłem, gdy wykonywałem te czynności.
 - Zaraz mi te ręce wybuchną.- powtórzyłem to zdanie kilka razy.
Byłem już pewny, że kolejny ładunek wiozę do Polski. Tak zdecydowałem. Musiałem udać się do lekarza.
Po rozładunku udałem się na stację Esso w rejonie Augsburga. Stacja przy autostradzie A8. Oczywiście telefony do żony, Telefony do szefa.
- Szefie muszę zjechać do Polski, nie wiem co mi jest, ale w tym stanie w jakim się znajduję, nie dam rady jeździć po Unii.

W polsce odrazu zgłosiłem się do szpitala. Lekarz popatrzył i powiedział. Ta choroba nazywa się pokrzywka. Nic mi to nie mówiło. Pierwszy raz spotkałem się z tą nazwą i pierwszy raz mnie ta choroba zaatakowała. Dostałem zastrzyk, tabletki i poszedłem do domu. Do momentu zastrzyku, choroba rozwijała się jak szalona przez sześć dni.  W ciągu kilku godzin po zastrzyku objawy zaczęły ustępować. Pomyślełem, że już po kłopocie. Niestety wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze kłopoty dopiero się zaczynają. Nie będę teraz pisał co działo się dalej. Jeżeli chodzi o opis choroby, każdy z Was może o niej przeczytać w internecie. Napiszę tylko tyle, że cały czas robię wszystko, aby pozbyć się tej pokrzywki, lecz nie jest to takie proste. Robię wszystkie niezbędne badania i biorę leki.

Coraz częściej pytacie kiedy jadę w trasę. Moja odpowiedź jest taka. Sam  nie wiem kiedy pojadę. Teraz jestem na L4. Choroba trzyma mnie już siódmy tydzień i przeszła w stan pokrzywki przewlekłej. W najbliższy poniedziałek będę robił testy alergiczne. Auto stoi na bazie, a mój szef czeka aż się wyleczę. Gdy będę gotowy do trasy wtedy będzie ładował mojego Mana. Jak długo będę jeszcze na L4 ,to zdecyduje mój lekarz. Piszę o tym, bo uznałem, że powinniście wiedzieć dlaczego tak długo siedzę w domu i nie jadę w trasę. Wolny czas poświęcam rodzinie i na sprawy inetrnetowe. Forum, blog, filmy. Mam nadzieję, że szybko wrócę do zdrowia, siądę za stery mojego drugiego domu i pojadę w kolejną trasę. Mam nadzieję, że będę mógł nagrać kolejną część "Życie w trasie" i Wam ją pokazać.


 
 
Poniżej przedstawiam film z tej trasy, którą opisałem. Na początku kilka dni jestem zdrowy. Po weekendzie, gdy choroba zaczęła się rozwijać, powiem szczerze, nie miałem ochoty nagrywać filmów z powodu złego samopoczucia. Jednak, gdy wjechałem w rejon Jury i Alp Francuskich, gdzie miałem rozładunki i załadunki, krajobrazy były takie piękne, że musiałem załączyć aparat. Niestety nie miałem odpowiedniego nastawienia, aby dużo mówić i komentować.