wtorek, 2 października 2012

Tydzień trasy zaliczony

Jestem w trasie od tygodnia. Dzisiaj dopiero uruchomiłem internet, ponieważ wcześniej nie było potrzeby. Dlaczego ? Jak już pisałem wiele razy, narazie mam tylko internet Niemiecki. Fakt jest taki, że również we Francji przebywam bardzo dużo i również tam przydałby mi się internet. W niedługim czasie, będę miał również internet we Francji. Ale szybko, pokolei, dlaczego wcześniej nie było potrzeby uruchamiać internetu w Niemczech. Jak to w transporcie, a zwłaszcza na L-4. Jak się nic nie dzieje, to się nie dzieje, ale jak się zaczyna dziać to dzieje się dużo i szybko. W skrócie. W poprzedni poniedziałek, byłem na dwóch rozładunkach w Polsce. Chrzanów i Czeladź. Jechałem rozładować naczepę kolegi z firmy. Pomyślałem sobie, ok. będzie mała rozgrzewka po chorobowym. Chrzanów załatwiłem dosyć szybko, ale Czeladź rozwaliła mi serce na pół. Siedem godzin na rozładunku. Porażka. Nie klnąłem za dużo, poprostu opadły mi ręce. Miał być szybki rozładunek i powrót na bazę, aby szykować się do trasy, a było zupełnie inaczej. Na bazę wróciłem o godzinie dwudziestej pierwszej czterdzieści pięć. Szybko do domu i od rana następnego dnia szybkie ogarnięcie wszystkiego i wypad na bazę aby zdążyć na załadunek. Lubię jak się coś dzieje, ale też lubię jak wszystko ma ręce i nogi. Pracę miałem już zaplanowaną na cały tydzień. Wtorek - załadunek w Czechowicach Zdiedzicach. Zrzutka w Środę rano w Niemczech Trasa na rozgrzwekę niecałe sześćset kilometrów.
Po rozładunku odrazu podjazd na załadunek. Ładunek do Francji. Ładowałem się w jednej firmie, ale rozładunki w dwóch miastach oddalonych od siebie o ok dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Gdy zrzuciłem drugie miejsce, był już piątek po dwunastej w południe. Czekając na załadunek, policzyłem trasę i wyszło, że do tej pory zrobiłem ponad tysiąc sześćset kilometrów. Spoko, ciekawe co dalej będzie ?. Minęło półtorej godziny, dostałem adres załadunku. Piątek, więc trzeba się śpieszyć. Przejazd ponad dziewiećdziesiąt kilometrów. Załadowany, gotowy do drogi. Ładunek do Niemiec. Jazda w Piątek, Sobotę. Później pauza czterdzieści pięć godzin spędzona we Francji. Dzisiaj ruszyłem z Francji, zaraz jak tylko tacho pokazało czterdzieści pięć godzin i pare minut pauzy. Teraz jestem pod firmą w Niemczech, gdzie jutro rano mam rozładunek. Po rozładunku, odrazu jadę się załadować i jazda na Francję. Jutro muszę wjechać do Francji, ponieważ w Środę w Niemczech z powodu święta nie można jechać. Tak więc w Środę będę już we Francji, gdzie nie ma zakazu, więc spokojnie będe pokonywał kolejne kilometry. To tak w skrócie, jak dotąd wygląda moja trasa. Oczywiście, że każdy dzień można by było opisywać w osobnych postach, bo jest co pisać, ale jest późno i trzeba iść spać, by jutro być wypoczętym i gotowym do pracy. Trasa to nie wakacje.

Tutaj trzeba się streszczać i działać skutecznie. Trzeba być na czas na załadunku i rozładunku. Czasami robi się wszystko tak jak trzeba, jadę na załadunek, jestem punktualnie lub nawet przed czasem i czekam. Godzinę, dwie, trzy. Ok. Trzeba czekać, to się czeka. Najważniejsze, że ja zrobiłem wszystko dobrze to co do mnie należy. Byłem na czas. Więc kończę ten któtki post i kładę się spać. Ogólnie jest ok. Trasa zaplanowana na co najmniej trzy tygodnie. Jak będzie to się okaże. Tydzień już minął. Jedna Francja zrobiona. Jutro zacznę drugą. Po powrocie do Niemiec, postaram się wyskrobać jakiś post i dodać kilka fotek. Filmy "Życie w trasie", będą po powrocie z trasy.
Szerokości. KDtruck.

środa, 19 września 2012

Moja pierwsza praca jako kierowca na zestawach

Prowadzę blog od stycznia. Zanim podjąłem taką decyzję, dosyć długo zastanawiałem się nad tym. Po co mi pisanie bloga ? Co tam będę pisał ? Kto będzie to czytał ? Decyzję na "tak", podjąłem chwile po tym jak ukradziono mi z baków ok.550 litrów ropy. Było to we Francji, gdy spałem w swojej ciężarówce zmęczony po całym dniu pracy. Faktycznie było to drugie zdarzenie, które motywowało mnie do tego, aby ruszyć z blogiem. Jakie było pierwsze ? Żeby Wam to powiedzieć, muszę cofnąć się pamięcią kilka miesięcy wstecz, do momentu gdy pracowałem w mojej pierwszej firmie jako kierowca na zestawach. Moją pierwszą firmą, gdy zaczynałem jako kierowca bez doświadczenia była firma "Protan" z Mysłowic. Nie polecam piszę odrazu. Była to mała firma w której właściciel posiadał w swoim składzie kilka samochodów "solówek" i jeden zestaw. Renault Magnum z naczepą "firanką". Reno z roku 1997. Czternastoletni ciągnik, zrobiony tak aby jechał i zarabiał pieniądze. Właściciel postanowił bardzo szybko dorobić się jeżdżąc tym zestawem po Polsce. Oczywiście nie sam, potrzebował do tego kierowcę, najlepiej takiego bez doświadczenia. Na rozmowie wstępnej zostałem po informowany, że czasami trzeba będzie pojechać na "drugiej tarczy". Jako kierowca bez doświadczenia, nie miałem pojęcia jak się jedzie na jednej tarczy, a co dopiero na dwóch. Ale potrzebowałem pracy i zdecydowałem się przyjąć tą ofertę. W tym samym dniu podpisałem umowę, która i tak nigdy nie została zgłoszona do ZUS-u. Pierwszy wyjazd odbył się w tym samym dniu o godz.20:00. Krótkie szkolenie w kabinie z obsługi Reni i jazda na pierwszy załadunek. Ja za kółkiem, a szef na siedzeniu pasażera. Pierwsze kilometry w pracy już jako "driver". Pierwsze zgrzytanie skrzynią. Pierwsze dziwne spojrzenia szefa na mnie i moją technikę jazdy. Dobrze nie pamiętam gdzie był pierwszy załadunek, ale chyba w Zawierciu, w jakiejś hucie.

 
Dwadzieścia cztery tony stali, a dokładnie prętów stalowych. Po krótkiej rozmowie decyzja, jadę sam w trasę. Szef się pytał czy dam radę. Jasne, że dam radę. W pierwszych godzinach myślałem, że spoko jest ten szef. Rozmowa układała się całkiem dobrze. W takim razie pojedziesz sam, powiedział. Trasa do Szczecinka i spowrotem. Nie będę tutaj opisywał tej trasy, którą zrobiłem . Powiem tylko tyle. Trasa trwała cztery dni. Od środy wieczorem do soboty w południe. Przez ten czas spałem dziesieć godzin. Resztę czasu jechałem lub byłem na załadunkach lub rozładunkach. Dużo się nauczyłem i dowiedziałem się jak to jest jeździć na dwóch tarczach. Również miałem zakaz poruszania się po takich drogach gdzie są Viatole. Jechałem przez wioski, dziury zabite dechami nie raz po zakazie tonażowym. Po czterech dniach podziękowałem za pracę temu szefowi i wyciągnąłem bardzo dużo wniosków.
Było to moje pierwsze spotkanie z tym dużym, ciężkim  transportem. Po tych doświadczeniach doszedłem do wniosku, że niektórzy ludzie mają głęboko w dupie innych ludzi. Oczywiście, nie urwałem się z choinki i wiedziałem, że w życiu żądzą prawa dżungli. Silniejszy wygrywa, słabszy przegrywa. Człowiek, który nazywał się szefem, myślał że biorąc mnie do pracy trafił na słabego kierowce bez doświadczenia. Mylił się. Nie miałem doświadczenia jako kierowca, ale miałem bardzo duże doświadczenie jako człowiek. Życie nauczyło mnie doświdczenia i śmiało mogę powiedzieć, że nigdy nie zaliczałem się do tej grupy słabych, którzy są pożerani przez tych silnych. Odrazu zorientowałem się w co gra ten cwany szef i gdy to zrozumiałem, zacząłem tą pracę traktować jako zdobywanie doświadczenia jako kierowca. Jazda, cofanie pod rampę ,załadunki, rozładunki. Gdy po czterech dniach wróciłem na śląsk, uważając po drodze, aby nie dać się złapać policji czy inspekcji transportu, odrazu zrezygnowałewm z tej pracy. Patrząc prosto w oczy temu szefowi powiedziałem to co leżało mi na sercu.


 - Jesteś zwyłą szmatą, nie człowiekiem. Cztery dni jazdy na dwóch tarczach. Praktycznie bez snu. Jazda po zakazach tonażowych z przegiętym czasem pracy i jazdy. Weż sobie ten dowód, kluczyki i wsadź w dupe łajzo.
Nie dostałem za te dni złamanego grosza. Nie miałem ochoty chodzić po sądach, aby sądzić się o sześćset złotych, bo tyle miałem zarobić obliczając ilość przejechanych kilometrów z których miałem być płacony.
Gdy byłem już w domu, siedziałem i zastanawiałem się jak można być takim człowiekiem. Zrobienie wszystkich uprawnień kosztuje nie mało pieniędzy. Do tego trzeba poświęcić sporo czasu. Później taki kierowca idzie do pracy i na dzień dobry ryzykuje utratą swoich uprawnień i wysokimi mandatami.
Ta historia z moją pierwszą pracą na zestawach i kradzież paliwa były, głównymi bodźcami to podjęcia decyzji o prowadzeniu bloga. Wcześniej już nagrywałem jakieś tam filmy z tras. ale wtedy zdecydowałem, że będę prowadził bloga i robił filmy pod kontem pomocy nowym kierowcom, aby innych nie spotkało to co mnie. Aby tacy szefowie jakiego ja spotkałem, nie mieli możliwości wykorzystywać kierowców bez doświadczenia. Wiadomo, że na taki układ na rozmowie wstepnej nie poszedł by kierowca z doświadczeniem, chyba że desperat. Za pomocą bloga, oraz filmów chciałem pokazać ludziom między innymi moją historię z kradzieżą paliwa, aby nie spotkało ich to co spotkało mnie. Zawsze byłem chętny do pomocy i nigdy nie tolerowałem cwaniaków, oszustów i kłamców. Zawsze z tym walczyłem i będę walczył.

Obecnie zmieniłem nazwe bloga  na "Życie kierowców w internecie". Dlaczego ? Ponieważ dostrzegam podobne cwaniastwo i kłamców w internecie. Będę o nich piał. Dla mnie nie ma znaczenia, czy cwaniak i kłamca jest obok mnie czy gdzieś po drugiej stronie kabla. Będę pisał to co myślę. Zawsze każdemu mówiłem w oczy to co myślę i teraz też tak zrobię. Za pomocą mojego bloga przekazuję informację kilku osobą, gdy się z nimi spotkam twarzą w twarz powiem im to prosto w oczy to co piszę tutaj, bez mrugnięcia.
Kolejny post będzie właśnie o tych truckerach. Jeżeli macie ochotę pisać komentarze typu "To nie jest na temat, miało być o truckerce" to darujcie sobie. Zobaczcie na tytuł bloga. Za nim będzie o truckerce, powim to co mam do powiedzenia kilku truckerom z internetu.

piątek, 7 września 2012

Choroba w trasie i co dalej ...


W tym poście, cofnę się trochę do tyłu.Cofnę się aż, do Master Truck.Nie będę pisał o MT, tylko o tym co wydarzyło się później, aż do dnia dzisiejszego. Po Master Truck miałem ponad tydzień wolnego. W trasę wyjechałem osiemnastego lipca i według umowy z moim szefem miałem zjechać ok.dziesiątego sierpnia. Trasa planowana była na ponad trzy tygodnie. Zjazd ok.dziesiątego sierpnia, później dwa tygodnie urlopu i w okolicy dwudziestego piątego sierpnia wyjazd w trasę. Dzisiaj powinienem być gdzieś na szlaku i sunąć swoją ciężarówką. Co się stało, że życie bezwzględnie, nie pytając mnie o zdanie, ułożyło mi całkowicie inny plan. Nie przewidujący, nie łatwy do zrealizowania, ciężki dla całej mojej rodziny. Zawsze wierzę w to, że coś jest po coś. Każda porażka jest po coś. Każdy sukces jest nagrodą za wytrwanie, za pokonanie problemów, które spotykają nas każdego dnia. Czy należy się złościć na cały świat w momencie, gdy spotykają nas problemy? Czasami takie z którymi nie potrafimy sobie poradzić. Nie dlatego, że nie chcemy, lecz dlatego, że nie znamy odpowiedzi na pytanie. - Jak rozwiązać ten problem. Najczęściej zadajemy sobie pytanie dlaczego mnie to spotkało, dlaczego. Niestety, nie otrzymujemy odpowiedzi. Musimy żyć dalej.
W ostatniej trasie było kilka problemów, z którymi poradziłem sobie dosyć dobrze. Pierwszy to awaria ciągnika. Pękła opaska na wężu łączącym turbo z kolektorem. Awaria jednak nie była groźna i bardzo szybko mogłem wrócić na szlak. Pierwsze rozładunki i załadunki bez problemów. Wszystko według planu,na czas. Przyszedł pierwszy weekend ,który robiłem w Niemczech na dzikusie przy autostradzie A5 w rejonie Karlsruhe.W sobotę rano, zaraz po przebudzeniu,zaczęły swędzieć mnie dłonie po wewnętrzej stronie.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że zaczynają się moje problemy z chorobą, które trwają do dnia dzisiejszego. Weekend zleciał bardzo fajnie, tak jak zawsze . Odpoczynek, gotowanie, sen.  Na rozładunek , który miałem we Francji ruszyłem piętnaście po północy z niedzieli na poniedziałek. Trasa przebiegała bez problemów, jednak gdy dojechałem na rozładunek, choroba której nazwy  wtedy nie znałem dawała mi się coraz bardziej we znaki. Zaczęło się od swędzenia dłoni od wewnętrznej strony, a teraz miałem już spuchnięte i zaczerwienione całe dłonie łacznie z palcami. Pierwsze moje myśli były takie. Nie mam pojęcia co to jest, ale pewnie za chwile przejdzie. Jednak godziny mijały, a w raz z mijanymi godzinami opuchlizna powiekszała się. Na pierwszym rozladunku podjechałem pod rampę tyłem, więc rękoma nie musiałem robić zbyt wiele. Po rozładunku, przejechałem na parking przy autostradzie, gdzie zacząłem robić pauzę dobową. Poczułem się mocno zmeczomy więc zdecydowałem, że prześpię się trochę. Na zewnątrz temperatura wynosiła ponad 33 stopnie celsjusza .Całe popołudnie przespałem, budząc się co chwile. Ból rąk był coraz większy i na ciele zaczęły pojawiać się czerwone plamy. Nie miałem pojęcia co się dzieje. Wieczorem zjadłem kolację i poszedłam spać.

W ciągu nocy, budziłem się bardzo często. Zacząłem dokładnie się sobie przyglądać i ku mojemu zdziwieniu choroba zamiast się cofać, zaczęła rowijać się w bardzo szybkim tempie. Prawie na całym ciele pojawiły się czerwone, swędzące plamy. Niektóre miały trzy, cztery centymetry średnicy. Zacząłem się martwić, że sam z tą chorobą sobie nie poradzę. Rano około godziny ósmej ruszyłem z parkingu na rozładunek. Podjazd pięćdziesiąt kilometrów. Firmę znalazłem bez problemu. Po rozmowie w biurze, poszedłem do magazynierów, którzy wskazali mi miejsce, gdzie mam ustawić się swoją ciężarówką do rozładunku. Tym razem rozładunek musiał odbyć się prawą stroną. Wziałem rękawice z kabiny i gdy tylko zacząłem rozbierać prawą stronę szykując ją do rozładunku, zdałem sobie sprawe, że mam duży problem. Każdy chwyt dłońmi oznaczał duży ból. Całe dłonie łącznie z palcami były czerwone i mocno spuchnięte. Miałem problem, aby dłonie zacisnąć w pięść. Na ciele miałem bardzo dużą wysypkę, która bardzo swędziała. Gdy ręcę spociły się trochę w rękawicach, puchły coraz bardziej. To samo działo się z wysypką. Gdy się trochę spociłem, powiększała się i bardziej swędziała.
- No to mam problem - pomyślalem. - Dwa tysiące kilometrów od domu, chory i to na chorobę, która pierwszy raz w życiu mnie zaatakowała.
- Dobra, jakoś to rozładuję, przejadę na załadunek i zobaczę co będzie dalej - pomyślałem.
Moje nastawienie coraz bardziej robiło się pesymistyczne. Chociaż z natury jestem wiecznym optymistą, jednak to co widziałem i czułem po sobie, nie dawało mi powodów do pozytywnego nastawienia. Nie było łatwo wyrzucić z siebie to negatywne myślenie.


- Trzeba opracować jakiś plan. - zdecydowałem.
Miałem już ładunek do Niemiec. Pojechałem, załadowałem się. Również tutaj z bólem i zaciśniętymi zębami zrobiłem to co do mnie należało. Załadunek tyłem, rolki papieru. Całkiem fajny ładunek, ale znów musiałem rozebrać bok i pospinać ładunek pasami. Powtórzyła się ta sama historia. Ból, swędzenie i pieczenie.
- O fuck !! - mówiłem do siebie zabezpieczając ładunek pasami - Co mi jest ? Co to za choroba ? - zadawałem w kółko te same pytania.
Załadowany ruszyłem w stronę Niemiec, zadając sobie pytanie - Co będzie dalej ? Co mam robić ? Czy po rozładunku jechać na Francję czy do Polski ?
W trasie byłem dopiero tydzień a miałem być ponad trzy tygodnie. Co robić dalej ?
Dojechałem do Niemec, firmę znalazłem bez żadnych problemów. Znów ten sam schemat działania. Zgłosiłem się do biura, w biurze powiedziano mi gdzie znajdę magazyn.
- Proszę rozebrać obydwie strony naczepy - usłyszałem od magazyniera.
- Ja to mam szczęście, żaden problem gdy jestem zdrowy. Ale w tej sytuacji magazynier mnie załamał. Dwie strony tymi spuchniętymi i bolącymi rękoma.
Zrobiłem to. Rozłożyłem  całe dwie strony. Magazynier rozładował wszystkie role papieru, po czym złożyłem obydwie strony naczepy.
Pamiętam co wtedy mówiłem, gdy wykonywałem te czynności.
 - Zaraz mi te ręce wybuchną.- powtórzyłem to zdanie kilka razy.
Byłem już pewny, że kolejny ładunek wiozę do Polski. Tak zdecydowałem. Musiałem udać się do lekarza.
Po rozładunku udałem się na stację Esso w rejonie Augsburga. Stacja przy autostradzie A8. Oczywiście telefony do żony, Telefony do szefa.
- Szefie muszę zjechać do Polski, nie wiem co mi jest, ale w tym stanie w jakim się znajduję, nie dam rady jeździć po Unii.

W polsce odrazu zgłosiłem się do szpitala. Lekarz popatrzył i powiedział. Ta choroba nazywa się pokrzywka. Nic mi to nie mówiło. Pierwszy raz spotkałem się z tą nazwą i pierwszy raz mnie ta choroba zaatakowała. Dostałem zastrzyk, tabletki i poszedłem do domu. Do momentu zastrzyku, choroba rozwijała się jak szalona przez sześć dni.  W ciągu kilku godzin po zastrzyku objawy zaczęły ustępować. Pomyślełem, że już po kłopocie. Niestety wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze kłopoty dopiero się zaczynają. Nie będę teraz pisał co działo się dalej. Jeżeli chodzi o opis choroby, każdy z Was może o niej przeczytać w internecie. Napiszę tylko tyle, że cały czas robię wszystko, aby pozbyć się tej pokrzywki, lecz nie jest to takie proste. Robię wszystkie niezbędne badania i biorę leki.

Coraz częściej pytacie kiedy jadę w trasę. Moja odpowiedź jest taka. Sam  nie wiem kiedy pojadę. Teraz jestem na L4. Choroba trzyma mnie już siódmy tydzień i przeszła w stan pokrzywki przewlekłej. W najbliższy poniedziałek będę robił testy alergiczne. Auto stoi na bazie, a mój szef czeka aż się wyleczę. Gdy będę gotowy do trasy wtedy będzie ładował mojego Mana. Jak długo będę jeszcze na L4 ,to zdecyduje mój lekarz. Piszę o tym, bo uznałem, że powinniście wiedzieć dlaczego tak długo siedzę w domu i nie jadę w trasę. Wolny czas poświęcam rodzinie i na sprawy inetrnetowe. Forum, blog, filmy. Mam nadzieję, że szybko wrócę do zdrowia, siądę za stery mojego drugiego domu i pojadę w kolejną trasę. Mam nadzieję, że będę mógł nagrać kolejną część "Życie w trasie" i Wam ją pokazać.


 
 
Poniżej przedstawiam film z tej trasy, którą opisałem. Na początku kilka dni jestem zdrowy. Po weekendzie, gdy choroba zaczęła się rozwijać, powiem szczerze, nie miałem ochoty nagrywać filmów z powodu złego samopoczucia. Jednak, gdy wjechałem w rejon Jury i Alp Francuskich, gdzie miałem rozładunki i załadunki, krajobrazy były takie piękne, że musiałem załączyć aparat. Niestety nie miałem odpowiedniego nastawienia, aby dużo mówić i komentować.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Kabina moją kuchnią


Gdy kierowca jest w trasie z racji specyfiki pracy na terenie Unii Europejskiej,bardzo dużo posiłków musi przygotowywać sobie sam,w kabinie swojej ciężarówki.Z kilku powodów.Podam cztery.Pierwszy to taki,że bardzo często robi się pauzy w miejscach,gdzie nie ma restauracji,baru,czy zwykłej budki z "Fast Foodami",gdzie można by było kupić ciepłą zupę lub zestaw obiadowy.Niestety dzikusy nie oferują takich rarytasów oprócz "wc" i kilku lamp,które czasami nawet nie świecą.Nie mówię,że na Unii nie ma restauracji,pizzerii czy kebaba.Są - w miastach przez które przejeżdżam, czy to jest w Niemczech,Francji czy w Belgi,widziałem bardzo dużo takich miejsc,gdzie można by było dobrze i smacznie zjeść.Ale,no i tutaj znowu mamy "ale".Dla kierowcy dużego zestawu to wcale nie taka prosta sprawa,zatrzymać się i wyskoczyć na cieplutki obiadek do jakiejś restauracji czy baru.I tutaj mamy drugi powód dlaczego? Otóż w większości miast i miasteczek nie ma parkingów przygotowanych dla ciężarówek,więc nawet gdyby kierowca chciał się zatrzymać i iść zjeść ciepły posiłek,to nie ma takiej możliwości.Niestety bardzo często kończy się to tak,że trzeba jechać dalej.W takim przypadku nie pozostaje nam nic innego jak przez szybę swojej ciężarówki popatrzeć na ludzi,którzy jedzą coś ciepłego,połknąć ślinę i jechać dalej.

Zdarzają się takie miasteczka,częściej we Francji niż w Niemczech,że jest restauracja lub bar oraz parking dla ciężarówek i wydawało by się,że mamy już komplet i możemy iść na obiad.Niestety,do tego wszystkiego jeszcze musimy dysponować czasem,którego w transporcie prawie zawsze brakuje.Więc to jest trzeci powód.Kierowca ma zaplanowany czas jazdy oczywiście,że sam go planuje,ale swoje plany czasu jazdy,musi opierać o termin rozładunku lub załadunku.Więc,gdy przejeżdża przez miasteczko,gdzie widzi restaurację i parking to i tak musi jechać dalej,bo pauzę może zrobić dopiero za np.dwie godziny.A za dwie godziny,gdy się na nią zatrzyma,to o restauracji może tylko pomarzyć,bo akurat stoi na jakimś dzikusie,gdzie jedyny napis na budce to "WC",jeżeli oczywiście trafił na dobrego dzikusa,w przeciwnym razie może szukać restauracji gdzieś w polu lub w lesie.Ale nie zawsze jest tak źle z restauracjami czy barami,jak do tej pory opisałem.

Czasami mamy szczęście i wszystko ułoży się jak w kostce "Rubika"
Mamy restaurację,jest parking,czasami zdarzają się blisko restauracji,ale bardzo rzadko.Najczęściej jeżeli jest parking,to gdzieś na obrzeżach miasta.Więc,jest parking,kierowca ma na tyle czasu,aby zrobić pauzę dłuższą niż czterdzieści pięć minut,przejść się kilometr lub trochę więcej do tej restauracji,możliwe że nawet skończył już jechać w tym dniu i zaczął robić pauzę dobową jedenastogodzinną lub skróconą dobową dziewięciogodzinną,więc może iść sobie powoli,spacerkiem i ma na tyle czasu,że może spokojnie czekać na zamówiony obiad.Rewelacja !Czego więc do szczęścia może brakować takiemu kierowcy.Zje ciepły obiad przy stole,po obiedzie nie będą interesowały go "brudne gary"i ogólnie mówiąc,tym razem nie będzie jadł z "miski".No powtórzę - Rewelacja !!!.


Również na większości stacji benzynowych,które znajdują się przy autostradach,można zjeść ciepły posiłek.Są tam restauracje.Znajdują się w budynku stacji lub w budynku obok.Kolejnym miejscem,gdzie kierowca może zjeść ciepły obiad są "AutoHofy".Autohofy znajdują się w Niemczech.Są to duże parkingi przy autostradach,wraz ze stacją benzynową,restauracją i czasami ze sklepem typu Netto,Aldi czy Lidl.Lecz "AutoHof"jest płatny.Wjazd do godziny 18:00 na taki parking jest bezpłatny.Po godzinie 18:00 musimy za taki parking zapłacić dziesięć euro.Gdy zapłacimy za wjazd na "AutoHof" otrzymamy "Ticket"czyli bilet.Z tym biletem,możemy udać się do restauracji i zakupić jedzenie,napoje,piwo płacąc tym właśnie "Ticketem"We Francji wszystkie parkingi przy autostradach są darmowe.Oczywiście za wjazd na autostradę trzeba zapłacić,ale za sam wjazd na parking już nie.Również we Francji na drogach "Nacjonalkach"tak się mówi na drogi główne krajowe,które najczęściej mają oznaczenie "N" np:N4 lub N22,także można spotkać restauracje z parkingami dla samochodów ciężarowych.Jednak w 99% parkingi te są prywatne i trzeba za postój na takim parkingu zapłacić dziesięć euro.Jeżeli staniemy na takim parkingu na pauzę czterdzieści pięć minut,to może udać się nam ominąć opłatę,pod warunkiem,że właściciel parkingu,który również jest właścicielem restauracji znajdującej się zaraz przy parkingu,nie przyjdzie do nas i albo poprosi nas o dziesięć euro,albo będzie kazał odjechać z parkingu.Jeżeli,na takim prywatnym parkingu będziemy chcieli zrobić pauzę dobową i zostać do następnego dnia,będziemy musieli zapłacić dziesięć euro.


Opisałem wszystkie możliwości,które może wykorzystać kierowca ciężarówki w UE,jeżeli chodzi o zjedzenie ciepłego obiadu.Więc dlaczego,tak rzadko kierowcy z polski oraz kierowcy z europy środkowo-wschodniej nie korzystają z nich.
No właśnie,przyszedł czas napisać o kolejnym,tym razem czwartym powodzie.Za parking na Niemieckim "AutoHofie" oraz na prywatnych Francuskich parkingach,powinna zapłacić firma.Zdecydowana większość firm,nie chce aby ich kierowcy stali na płatnych parkingach.Z wiadomych przyczyn.Koszty.Kierowców nie stać,samych opłacać parkingi.Nawet gdy staniemy na takim płatnym parkingu i firma zapłaci za ten parking to za dziesięć euro nie kupimy niestety obiadu,czyli zupy oraz drugiego dania.Unia to unia,ma swoje zarobki i ma swoje ceny.Stałem kilka razy na "AutoHofie" i za dziesięć euro kupiłem zwykłego hamburgera i zwykłe frytki.To wszystko.Przeliczając na walutę Polską - 40 zł.Za obiad trzeba by było zapłacić ok.20 euro lub więcej.I to jest powód numer cztery,dlaczego polski kierowca śniadania,obiady,kolacje i wszelkie posiłki przygotowuje sam w kabinie swojej ciężarówki.Dla nas,na Unii po prostu jest za drogo.Więc kabina jest i zostanie naszą kuchnią,miejscem,gdzie przygotowujemy i spożywamy posiłki i raczej szybko to się nie zmieni.






sobota, 18 sierpnia 2012

Filmy na You Tube - "Życie w trasie"



Filmy,które nagrywam podczas moich tras i publikuję na moim kanale You Tube przeważnie są to filmy,które nagrywałem jakiś czas temu.Czasami są tam ujęcia,sceny które znacie ze zdjęć.Czasami padają pytania,"kiedy będzie film z obecnej trasy"lub"dlaczego film jest z maja,jak mamy lipiec".Myślę,że należy się Wam wyjaśnienie dlaczego tak jest i w jaki sposób powstają te filmy.Gdy jestem w trasie to nagrywam bardzo dużo materiału.Nie jest to dla mnie jakoś zbyt uciążliwe,również nie przeszkadza mi to w wykonywaniu moich obowiązków.Na pierwszym miejscu zawsze stawiam pracę,ładunki,jazdę i wszystko co wiąże się z wykonywaniem pracy jako kierowca zawodowy jeżdżący po krajach Unii Europejskiej.Na drugim planie jest nagrywanie filmów i robienie zdjęć.Z każdej trasy przywożę bardzo dużo materiału.Z tego materiału wybieram najciekawsze momenty i składam jako kolejny odcinek "Życie w trasie".Gdy mam czas na pauzach,również wykorzystuję go do składania filmów.Również na pauzach poświęcam czas na prowadzenie bloga i od następnej trasy będę poświęcał czas na prowadzenie forum,pisanie postów itd.Nawet,gdy w trasie złożę dwie lub trzy części "Życie w trasie",to z powodu słabego przesyłu internetu,nie mam możliwości wysłać ich na You Tube i muszę czekać z wysłaniem,aż wrócę z trasy do domu.W domu mam dość szybki internet,więc przesłanie pliku o długości 1,6 Gb ,a tyle zajmuje film długości ok.40 minut nagrany w HD,nie stanowi żadnego problemu.
- Więc jak jesteś w domu to dlaczego nie złożysz wszystkich części i nie wyślesz na YT ? - Możliwe,że padną takie pytania.
Otóż jaka jest odpowiedź.

Z racji,że w mojej firmie dużo się jeździ i czasami między trasami mam cztery góra pięć dni wolnego,więc gdy jestem w domu nie mam za dużo czasu,aby spędzać go przy komputerze.Nie mówię,że wogóle nie spędzam czasu przy komputerze,ale spędzam go mało.W domu chcę poświęcić czas żonie i córce.Czasami bywa też tak,że zjadę na bazę w piątek lub sobotę i w poniedziałek jadę na rozładunek.Czasami trzeba coś zrobić na bazie przy ciągniku lub naczepie.Tak więc widzicie,że nie mam zbyt dużo czasu na składanie i przesyłanie filmów pomimo,że mam bardzo dużo materiału.Gdy złożę już filmy i wyślę na You Tube okazuje się,że są to filmy z wcześniejszych tras,nawet dwa lub trzy miesiące wstecz.Lecz uważam,że te filmy warte są publikacji.Materiał w nich jest ciekawy i warty obejrzenia.Zresztą wiele osób,które trafiaja na mój kanał i oglądaja wcześniejsze filmy,tak naprawdę ogląda filmy publikowane często kilka miesięcy temu,więc myślę,że publikując film,który nagrałem dwa miesiące temu dla Was jest nowym filmem ponieważ widzicie go pierwszy raz.Rozumiem osoby,które piszą w komentarzach i pytają "kiedy będzie film z aktualnej trasy",że chcieliby aby filmy były publikowane na bieżąco,ale w obecnej sytuacji nie jest to dla mnie takie proste.
Teraz jestem na urlopie,więc nadrabiam zaległości i na moim kanale dosyć często pojawiają się filmy z serii "Życie w trasie",oraz kilka krótszych filmów takich jak "Rozładunek w Gliwicach"czy"Przegląd Mana".W trasę prawdo podobnie pojadę pod koniec sierpnia i do tego czasu na mój kanał YT wrzucę cały materiał jaki do tej pory nagrałem.Tak więc w najbliższych dniach pojawi się kilka nowych części "Życie w trasie"dokładnie nie potrafię powiedzieć ile ich będzie.Możliwe,że trzy lub cztery.Gdy wyjadę w trasę,będę starał się nagrywać i publikować filmy na bieżąco,co z tego wyniknie,to się okaże.
Również planuję zakup nowego aparatu,którym będę nagrywał.Filmy będą miały lepszą jakość video i dużo lepszą jakość audio.
Tyle wyjaśnień na temat filmów na moim kanale You Tube.Bardzo dziękuję Wszystkim za subskrypcję mojego kanału.Za komentarze,za łapki w górę.Dziękuję.Pozdrawiam również tych Wszystkich,którzy napisali mniej przyjemne komentarze,chociaż proporcjonalnie do pozytywnych komentarzy jest ich bardzo mało.Pozdrawiam również tych Wszystkich,od których otrzymałem "łapkę w dół".
Zapraszam do oglądania mojego kanału i gorąco Wszystkich pozdrawiam.

Poniżej najnowszy odcinek "Życie w trasie cz.31"